W poprzednim artykule (tutaj) opisałem jakie uprawnienia / świadectwa kwalifikacyjne należy posiadać i w jakim zakresie, aby wykonywać określone zadania związane z domową elektryką.

Generalnie jest to dość misternie przygotowany system, który na pierwszy rzut oka ma sens, naprawdę.
Gdy w Twojej instalacji elektrycznej pojawi się usterka, wzywasz elektryka posiadającego odpowiednie kwalifikacje do zdiagnozowania i wykonania zadania (świadectwo G1 „E”).

 Gdy budujesz dom, jeden wykwalifikowany elektryk wykonuje zadanie (G1 „E”), a drugi sprawdza poprawność połączeń wykonuje pomiary instalacji i je zatwierdza (G1 „D”).
Wykonywana instalacja elektryczna jest zaprojektowana zgodnie ze sztuką z zastosowaniem aktualnych przepisów i norm, przeprowadzone są odpowiednie obliczenia przez projektanta posiadającego stosowne uprawnienia budowlane.

Doświadczenie (moje) jednak mówi coś innego. Jest co najmniej kilka problemów… z czego w poniższym artykule opiszę dwa z nich.

Zanim przejdę do rzeczy ostrzegam! Jest to dość malkontencki wpis. Jak żaden inny na tym blogu. Cóż, zawsze musi być ten pierwszy raz. 🙂

Problem 1 – Świadectwo to ściema

Przypomnijmy, aby otrzymać świadectwo kwalifikacyjne należy zdać egzamin przed komisją kwalifikacyjną namaszczoną przez Urząd Regulacji Energetyki.
W tej chwili komisji kwalifikacyjnych jest 370. Słownie: T r z y s t a  s i e d e m d z i e s i ą t!

Czy ktoś jest w stanie to kontrolować? Prawda jest taka, że komisja kwalifikacyjna musi działać w zgodzie z Rozporządzeniem (patrz poprzedni artykuł). Nie jest on jednak zbyt precyzyjny w kwestii jaką wiedzą kandydat musi się wykazać, aby uzyskać świadectwo kwalifikacji w wybranym zakresie. Ten fakt i czynnik ludzki daje przestrzeń do dowolnej interpretacji wiedzy uczestnika egzaminu.

Kurs

Kursy trwają ok. kilkunastu godzin. To wystarcza, żeby przygotować do egzaminu. Nie lubię generalizować, ale z mojego doświadczenia wynika, że na kursie jest najczęściej zero praktycznych rozwiązań, czegokolwiek co mogłoby Cię przygotować na zderzenie z rzeczywistym tematem elektryki. Jak to w szkole…

W ogóle jest wiele kursów przygotowawczych wraz z egzaminem, które trwają jeden dzień. Jeden dzień by uzyskać świadectwo kwalifikacyjne umożliwiające pracę w zawodzie elektryka. Wiedzę chyba tam podają dożylnie…

Egzamin

Zanim się rozpiszę, jeden z pierwszych wyników w wyszukiwarce uraczył mnie takim sloganem:
„Jeśli nie zdasz egzaminu – zwrócimy Ci pieniądze! 100% zdawalności”

To zdanie wyraża w pigułce dokładnie jak uważam, że działa ten system.

Ze względu na konieczność odnawiania świadectwa i zmianę jego zakresu uczestniczyłem w kursach i przystępowałem bodajże cztery razy do egzaminu na świadectwo kwalifikacyjne G1, (znalazłem też ostatnio w szufladzie świadectwo G2 😀 ). Także niedużo, nie mam przekroju funkcjonowania wszystkich 370 komisji, natomiast rozmawiałem w tym temacie z innymi elektrykami.

I w mojej opinii stwierdzenie „100% zdawalności” jest w 100% poprawne, zero ryzyka. Ja wiem, elektryka nie jest trudna. Na blogu staram się właśnie to pokazać, jednak wydaje się, że coś tu jest nie tak prawda?

Czasem piszą do mnie czytelnicy w temacie egzaminu SEP, jak się na niego najlepiej przygotować? Czy warto wydawać pieniądze na kurs czy lepiej od razu przystąpić do egzaminu?
Odpowiadam, że na pewno warto się przygotować, że warto skorzystać z opracowań, pouczyć się, z tego lub tamtego zakresu. Zawód elektryka to odpowiedzialność. Poza tym kto wie, a nuż egzaminator go ostro przepyta.

Jednak, nie bójmy się tego powiedzieć, „zdawalność 100%” nie jest żartem, w szczególności jeśli uczęszczasz na kurs przygotowujący zakończony egzaminem (większość firm wysyła na szkolenie swoich pracowników przed egzaminem).
Egzaminator będzie Ci bardzo przychylny, podpowie, doradzi. Źle odpowiesz? Przymknie oko. Kto przyjdzie do firmy, w której jest jedynie 99% zdawalności? 😉
Biznes musi się kręcić.

Bardzo chętnie poznam opinie jak to u Was wyglądało, może posiadacie inne doświadczenia?
Może ktoś was został przemaglowany tak, że nie wiedział jak się nazywa? Podzielcie się w komentarzu.

Sprawdzamy co umiesz… co 5 lat

Patrząc z innej strony z tym całym zdawaniem egzaminu jest jeszcze jeden problem.

Konieczność odnawiania świadectwa kwalifikacji raz na 5 lat. Znowu, ma to pewien sens. Jeśli delikwent uzyskał w ciągu jednego lub kilku dni nauki świadectwo kwalifikacyjne i przez kilka kolejnych lat pracował w zupełnie innym charakterze, to wiadomo, że po upłynięciu kwartału od kursu nie będzie nic z tego pamiętał (albo wcześniej). Przystąpienie do egzaminu po kilku latach wydaje się w takim wypadku koniecznością.

Ale co z elektrykami, którzy są czynni w zawodzie? To tylko formalność prawda? W końcu jak człowiek pracuje to wie. Niekoniecznie, zawsze można się potknąć, nie znać odpowiedzi na teoretyczne zagadnienia. Praktyka i czasem wąskie zadania wykonywane na co dzień to jednak nie to samo.
Gdyby trzeba było co 5 lat zdawać egzamin na prawo jazdy to szczerze wątpię, żeby każdemu praktykującemu kierowcy to się udało za pierwszym razem.

Jeśli takiemu praktykującemu elektrykowi nie udało by się odnowić świadectwa kwalifikacji to byłby dla niego dramat, trzeba organizować kolejny kurs / egzamin. Jak pracodawca wyrozumiały opłaci po raz kolejny, jak nie, trzeba z własnej kieszeni. A do momentu jak się nie ma zaliczonego egzaminu, trzeba wziąć urlop.
Ale spokojnie, rzeczywistość jest inna. Jeśli dla nowych jest 100% zdawalności, to dla odnawiających jest 110% bez względu na to czy jesteś elektrykiem z doświadczeniem czy tylko robisz zdjęcia rozdzielni.

Rozwiązanie?

Żeby nie było, że tylko narzekam. Są co najmniej dwie drogi:

  1. Zaostrzenie warunków przyznawania świadectw kwalifikacyjnych, ujednolicenie co konkretnie kandydat na elektryka powinien umieć, żeby świadectwo uzyskać. Drastyczne zmniejszenie liczby komisji kwalifikacyjnych, aby było możliwe kontrolowanie całego zjawiska przyznawania uprawnień. Jednoczesne zniesienie farsy w postaci konieczności odnawiania świadectwa.
    Konieczność zaznajomienia się z praktycznymi rozwiązaniami, umiejętnością wykonania pomiarów w praktyce przed przystąpieniem do egzaminu (kurs przygotowawczy musiałby to zapewnić).
    Utopia?
  2. „Uwolnienie” zawodu. Czyli to czy ktoś jest elektrykiem zweryfikuje rynek, a nie papier z pieczątką. Ryzykowne, w końcu wykonanie fuszerki przez kogoś bez wiedzy, może skończyć się tragicznie. Pytanie tylko czy obecny system tak bardzo się od tego różni? W sumie trochę tak. Pod względem finansowym. W tej chwili jest kupa szmalu w obiegu…

Problem 2 – Projekt (elektryczny) to ściema

Przynajmniej w przypadku domów jednorodzinnych. Chcesz wybudować dom, kupujesz więc projekt budowlany który zawiera projekt elektryki. Bez względu na to, czy jest to projekt kupiony z katalogu projektów developera czy też projekt wykonany na zamówienie, projektowane rozmieszczenie gniazd, wyłączników światła, ilość obwodów i urządzeń często nie ma wiele wspólnego z ostatecznym efektem.
I to jest naturalne. Często dopiero w późniejszym etapie budowy domu, kształtuje się obraz jak to wszystko będzie wyglądać, jakie urządzenia będą potrzebne, do których miejsc trzeba doprowadzić przewody zasilające.
Do tego dochodzi wizja elektryka, który w teorii powinien być tylko wykonawcą projektu, a w praktyce musi zmierzyć się z wieloma przeróbkami na życzenie i klienta i własne (pracuje w zgodzie z własnym doświadczeniem).

I dalej wygląda na to, że wszystko jest ok. Problem pojawia się, że po zrealizowaniu w domu elektryki, rzadko kto uaktualnia pierwotny projekt. W zasadzie nikogo to nie interesuje, ani inwestora (skoro działa), ani elektryka, ani kierownika budowy, który najczęściej potrzebuje jedynie oświadczenia od elektryka o wykonaniu instalacji w zgodzie z istniejącymi normami (albo niczego nie potrzebuje, o!). Zakładu energetycznego też to nie interesuje.  Także wszelkie podłączenia, obwody i zastosowane rozwiązania siedzą w głowie elektryka do czasu, aż… zapomni.

Kogo więc to powinno najbardziej obchodzić? Pomijając kwestie formalne, moim zdaniem: inwestora (albo zatrudnionego przez niego inspektora). To on będzie mieszkał w tym domu i to on będzie w przyszłości dokonywał / zlecał wykonanie pewnych przeróbek lub naprawy instalacji elektrycznej. Inwestor powinien dopilnować tego, żeby elektryk dostarczył aktualny schemat połączeń (nie mówię, że narysowany w Autocadzie, po prostu w dowolnej formie, przerysować może to potem projektant). Kto tak zrobił? 🙂

Poza tym kierownik budowy z racji stanowiska nie powinien być tutaj gorszy. A elektryk? Fajnie jakby prowadził aktualną dokumentację, ale jeśli nie ma takiego wymogu „z góry” to mało kto poświęci na to swój czas.

 

A potem mamy życie jak w bajce:

Podsumowanie

No to sobie pomarudziłem. 🙂

Tak poza systemem, najlepszym wyjściem z sytuacji jest po prostu poszerzanie swojej wiedzy w temacie elektryki. I to po stronie elektryków (posiadających czy nie posiadających świadectwa) i po stronie klientów (choćby podstaw, w celu podstawowej ochrony na fuszerkę). Wtedy bez względu na system, będziemy po prostu po właściwej stronie mocy.
Jakże wygodny wniosek dla człowieka prowadzącego bloga o elektryce, prawda? 🙂 Ale cóż, tak właśnie uważam.

Wszystkiego dobrego!

Photo by Cindy Tang on Unsplash

print

Dodaj komentarz

15 komentarzy do "By być elektrykiem… rzeczywistość"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
malietanka
Gość

To zdjęcie robi wrażenie i przywodzi na myśl stres związany z elektrykami z papierami, którzy sprawią – że będzie Pan zadowolony;) Ale różnie z tym niestety bywa 🙂 Ale nie ma się co zniechęcać, w końcu trafi się na tego dobrego.

ELE
Gość

Byłem na egzaminie G1″D” gdzie dostałem kilka pytań typu, „Jaka norma mówi o” – czy to nie jakaś paranoja.
Po 35 latach pracy w zawodzie czyli po kilku takich egzaminach to „ściema”
Pozdrawiam ele.

pako
Użytkownik

Czyli teoria a praktyka wszędzie się różni. Robię u siebie elektrykę jako „amator”, ale widzę, że nie miałbym żadnego problemu zostać elektrykiem teoretycznie i to nawet w jeden dzień. Nie wspomniałeś o uprawnieniach na różne moce. Słyszałem, że są uprawnienia do 1kV, powyżej 1kV itd. Jestem ciekaw co to takiego.

Maras
Gość

Temat nie do ugryzienia. Każdy znajdzie poparcie dla swojej tezy…a nie zmieni się pewnie nic. Liczba komisji wskazuje, że nie jest to coś elitarnego ani kosmicznego. To rodzi dalsze problemy i ukazuje efekty pracy „fachowców”. Gdyby sito egzaminacyjne było bardziej skrupulatne być może sytuacja na rynku byłaby nieco inna.

Wojciech
Gość

Miałem uprawnienia SEP eksploatacja 1kv na większość rubryczek w książeczce, nie jestem elektrykiem z wykształcenia, obiektywnie egzamin to fikcja, wiedza do egzaminu to całe księgi, robiłem w pracy do obsługi urządzeń zasilanych elektrycznie. Doświadczenie to prąd w dwóch moich domkach + przyłącze podłączone przez ZE, pojedyncze mniejsze prace, choć przyznam że od dzieciństwa. Jak czegoś nie wiem to czytam i uczę się na bieżąco, przygotowuję się, sprawdzam, czego nie jestem pewien nie podejmę się. Parę akcji fachowców widziałem, z fachowcami miałem okazję porozmawiać ich wiedza pomimo wykształcenia kierunkowego bywa bardzo byle jaka, doświadczenie duże ale gubi ich rutyna połączona z bezmyślnością, po tych obserwacjach kompleksów nie posiadam.

pako
Użytkownik

Dokładnie tak! Ja również uczę się na bieżąco, a ci fachowcy elektrycy nie są wiele lepsi od nas. Oczywiście nie wszyscy.

Janek33
Gość

Temat jest na tyle skomplikowany, że jego pełne kontrolowanie jest raczej niemożliwe, więc można albo utrzymywać pewnego rodzaju fikcję (tak jak teraz) albo uwolnić i niech każdy robi co chce. Logiczniej pewnie byłoby uwolnić, skoro nie da się w pełni kontrolować, ale może jednak lepiej stwarzać choćby pozory, żeby nie było, że nikt tym tematem się nie interesuje i zasad nie ma…
Weźmy taki przykład: chcę zlecić projekt instalacji w domu, a żeby przyoszczędzić zamawiam tylko po jednym gniazdku w każdym pomieszczeniu. Taki projekt dostaję i tak mi to elektryk wykonuje.
Ale później biorę garść przedłużaczy i rozgałęziaczy i cały dom oplatam ich siecią, aby wszystkie urządzenia zasilić. Czy działam legalnie, czy wszystko jest w porządku? Oprócz tego, że mogę się łatwo potknąć o walające się kable to właściwie chyba trudno mówić o złamaniu przepisów.
A co w przypadku gdy zamiast tych przedłużaczy instaluję sobie sam dodatkowe gniazdka w ścianach? Efekt jest dokładnie taki sam jak wcześniej a czy oznacza to, że złamałem jakieś przepisy, bo kable są w ścianach a nie leżą na podłodze, a przyłącza są bezpośrednio w puszkach a nie wtyczkami w gniazdkach? Trochę to absurdalne, prawda? A nawet jeśli przepisy złamałem, to kto jest w stanie to wykryć i co mi za to grozi? Bo skoro jak sam piszesz, nikt nie ma w tym interesu, to znaczy, ze przepisy są niejako martwe… Czy też to tylko sprawdza się „po fakcie” gdy zdarzy się coś niemiłego z taką instalacją?

Qqq
Gość

– Co musi mieć każde urządzenie elektryczne podłączane do sieci 230V?
– Instrukcję obsługi

stopi
Użytkownik

Na wiosnę spotkałem się z kilkoma elektrykami na mojej budowie, po długich rozmowach i ustalaniu ceny zapadła decyzja, że elektrykę będę robił sam. Poczytałem tego bloga, zalecenia sep, odwiedziłem kilka budów znajomych żeby popatrzeć jak wygląda to na żywo. Wszędzie miałem uwagi, a w jednym przypadku była awantura znajomego z elektrykiem który w kuchni zaplanował łącznie 3 gniazdka na jednym obwodzie, do tego wpadł na nowatorski pomysł i w kotłowni zrobił trzy gniazdka, każde na osobnej fazie, taki półautomat do wybierania fazy jak którejś nie będzie. Tak, był to doświadczony elektryk z uprawnieniami SEP-a. Postanowiłem wtedy, że ja też mogę przy okazji zostać prawdziwym elektrykiem. Niestety w SEP powiedzieli mi, że nie mam szans na zdanie egzaminu nawet jak bym miał teorię w jednym palcu, potrzebuję praktyki. Poradzono mi, że mogę przez jakiś czas robić instalacje a na kwitach niech podpisuje się jakiś doświadczony elektryk. Wygląda to tak jak w tym artykule, parodia zawodu.
PS. Jestem z siebie dumny, przyszła już pora na rozdzielnię, zaczynam czuć respekt. Myślę, że złożę ją sam a potem ściągnę prawdziwego elektryka który faktycznie to przejrzy i wystawi kwity.

Sylwester
Gość

A w czym masz problem robiąc trzy gniazdka na jednym obwodzie ? Gniazda w kuchni owszem są doś mocno obciążone ale jesli były to gniazda użytkowe to nie widzę tu błędu.Podstawą jest oddzielny obwód na zmywarkę,piekarnik,płytę oraz mikrofale-choć tu już bym się zastanowił.
Można na każde gniazdo ciągnąc oddzielny obwód ale czy to ma sens-spawarki w kuchni nie podłączasz ,a wartości na danym sprzęcie to moc szczytowa a nie ciągła.
Myślisz że na mikser , sokowirówkę i ekspres jest konieczny oddzielny obwód ?

pako
Użytkownik

Czuję, że jeśli będę miał zrobić elektrykę na budowie to zrobię to samodzielnie, oczywiście na końcu skonsultuje to z „fachowcem”.

stopi
Użytkownik

może źle napisałem. W kuchni tylko jeden obwód i trzy puszki…

Sylwester
Gość

trzy puszki-jak na kuchnie to dalej czegoś brakuje….

wpDiscuz